Maria Kawik
Matka Partyzantów, Beskidzka Antygona
Ta znakomita poetka Śląska Cieszyńskiego, nieco za-pomniana, nosiła pseudonim Matki Partyzantów a przez Henryka Jasiczka została nazwana Beskidzką Antygoną. Jej bohaterskie życie stało się legendą. Pozostawiła po sobie wstrząsający pamiętnik.
Urodziła się 19 listopada 1900 roku w Brennej koło Skoczowa w wielodzietnej rodzinie Jana i Zuzanny Heller. Ukończyła na Bukowej dwuklasową szkołę ludową. W domu panowała bieda. Dlatego, mimo wielkich uzdolnień, nie mogła kontynuować dalszej nauki. Swoją wiedzę poszerzała i pogłębiała przez namiętne czytelnictwo, głównie pozycji o treści patriotycznej. W 1919 roku wstąpiła do miejscowego Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Działała również w Kole Polek, krzewiąc oświatę w Brennej i okolicznych miejscowościach. W Stowarzyszeniu Młodzieży poznała swojego przyszłego męża Jerzego Kawika z Gronika.
Dzięki wysiłkowi Stowarzyszenia Młodzieży w Brennej dnia 19 sierpnia 1923 roku otwarto okazały, czynny do dziś dzień - Dom Katolicko — Ludowy.
Kawikowa w czasie wojny obronnej we wrześniu 1939 roku, udzielała pomocy żołnierzom polskim z rozbitych oddziałów. Od początku 1940 roku należała do tajnej organizacji konspiracyjnej braci Stanisława i Karola Fellerów. Udawała się tam co tydzień, by zaczerpnąć informacji o rodzącym się ruchu oporu. Znalazła się pod obserwacją Gestapo, gdyż jako Polka, była osobą, na której wzorowano się.
Za udział w ruchu oporu została aresztowana przez Gestapo 16 czerwca 1944 roku. Po brawurowej ucieczce z posterunku policji w Brennej dołączyła do oddziału partyzanckiego. Przebywając w bunkrach pisała okolicznościowe wiersze, które łagodziły ból w tych ciężkich dniach okupacyjnego mroku, uświetniały partyzanckie uroczystości a także umacniały wiarę w zwycięstwo i miłość do Ojczyzny.
Oto kilka wierszy Marii
Śmierć partyzanta
W ciemnem lesie tam partyzant kona
Krew się z niego leje potokiem
Głowa jego na kamień złożona
Patrzy w niebo zamglonym okiem.
Ręce jego kulą zdziurawione
I lewy bok kulą przeszyty
Nogi jego całe połamane
Leży młody chłopiec zabity.
Już nie ujrzy swej starej matki
Która go tak ciężko chowała
Już nie wróci do rodzinnej chatki
Co go zdrowym, ślicznym żegnała.
Już nie wróci do swojej dziewczyny
Co ją kochał nad wszystko w świecie
Nie usłyszy już jej słów „Jedyny,
Tyś mi milszy niż moje życie”.
Tylko wietrzyk smutnie nad nim szumi
Drobny deszczyk nad nim zapłacze
Siwa jodła gałązkami tuli
Partyzanckie ciało tułacze.
Leśny ptaszek nad nim rzewnie śpiewa
Leśne trawy wieńcem okryją
Czeka Cię dziewczyna nieszczęśliwa
Czeka matka coś jej nadzieją.
Czy wrócę?
Czy wrócę kiedyś do mej lubej chaty
Do mej rodziny, do izby tej
Tam gdzie mi moje upłynęły laty
Do moich zajęć do pracy mej.
Czy wrócę kiedyś do matki staruszki
Która swe modły i swe łzy śle
Czy Bóg wysłucha jej serdeczne prośby
Za te jej dzieci, którym tak źle.
Czy wrócę kiedyś do braci kochanych
Którzy ach jakże kochali mnie
Do mych sióstr drogich jakże zatroskanych
Które tak płaczą i żałują mnie.
Czy wrócę kiedyś do najmilszych dziatek
Które tak nagle straciły mnie
Do mej Elżbietki do jej młodych latek
Co nie zna ojca teraz traci mnie.
Czy wrócę kiedyś do tego kościoła
Gdzie co niedziela swe modły ślę
Gdzie dzwon wieczorny na modlitwę woła
Gdzie ma ostoja, gdy mi jest źle.
Czy wrócę jeszcze do mej miłej wioski
Gdzie wszyscy ludzie co znają mnie
Co także mają swoje krzyże, troski
Czy oni jeszcze powitają mnie.
Wieczór
Już wieczorne zaszły zorze
Słonko skryło jasność swą
Dziękujemy Tobie Boże
Za wieczną opiekę Twą.
Żeś nas bronił cały dzionek
Od złych ludzi i złych plag
Że nam tu śpiewa skowronek
Twoją dobroć wielbi ptak.
Że nas karmisz i odziewasz
I dolęś nam znośną dał
Nas tułaczy biednych bronisz
Bo któżby tak o nas dbał.
Już też i noc następuje
Bo jest taka wola Twa
Co całym światem kieruje
Człowieka broni od zła.
Jeszcze raz ci Boże dzięki
Za Twą łaskę dobroć Twą
Nie puść nas z Twojej opieki
Aż okażesz nam twarz Swą.